Cisza przed burzą
Sobota, godzina 9.00 rano. To mój dwudziesty ósmy dzień bez szumu. Bo od urlopu noworocznego, który miał być nie tylko odpoczynkiem od zimy, ale i od świata, nadal nie wchodzę na serwisy informacyjne. Oprócz krótkich wizyt na Instagramie, który pomaga mi myśleć obrazami, nie przesiaduję też w wolnych chwilach na Facebooku, LinkedIn i Twitterze. Wchodzę na nie sporadycznie, gdy muszę się z kimś skontaktować zawodowo, wyszukać treść do szkolenia czy wystąpienia lub powiedzieć o czymś głośno. I pilnuję przy tym, żeby nie scrollować aktualności, tylko skupić się na ikonce, dla której przyszłam.

Nie stoi za tym żadne postanowienie noworoczne, eksperyment społeczny, wyrafinowana filozofia czy bunt przeciw politykom, korporacjom, mediom lub osobom, które mam w kontaktach. Nie wymagam też od siebie deklaracji, czy to decyzja na długo, czy na krótko. I nie katuję się myślami, jak wiele straci na tym moja marka osobista oraz wiedza o świecie, branży, konkurencji i ludziach w moim otoczeniu. Po prostu dotarłam do momentu, w którym walczące o moją uwagę informacje, sądy i opinie innych zaczęły mnie tak bardzo przytłaczać, że przestałam słyszeć swoje własne myśli. Co w połączeniu z najbardziej intensywnym rokiem w moim zawodowym życiu (szkoleniowa i konferencyjna nadaktywność, rozwój Lightness, prowadzenie dwóch grup na IV edycji Employer Branding AGH oraz przygotowanie do reaktywacji EBMASTERS) doprowadziło mnie do wewnętrznej nieszczęśliwości i na 218 dni ukradło mi frajdę z pisania. Postanowiłam więc coś z tym zrobić. I znalazłam ulgę w ciszy.

Mindfuck przychodzi znienacka
Założyłam też, że jeśli coś ważnego się w międzyczasie wydarzy, to ktoś mi o tym w końcu powie lub napisze osobiście albo w jeszcze inny sposób trafię na to sama. I właśnie w sobotni poranek, po odespaniu sympatycznego wieczoru spędzonego ze znajomymi, który skończył się nieco później niż planowałam, weszłam na chwilę na fejsa. I zanim kliknęłam w ikonę wiadomości, na szczycie newsfeedu czekał na mnie on: Alan Wilson Watts i jego głos w bijącej świeżością, a jednak tak scenariuszowo bliskiej, prawie 3-minutowej reklamie Volvo.

Trudno mi opisać to, co zupełnie niespodziewanie poczułam podczas oglądania tego filmu. Ale na pewno coś we mnie pękło. Było to o tyle nieprawdopodobne, że przecież dokładnie rok temu inny spot Volvo – „Made by people” zagarnął moją weekendową uwagę, a tekst, który wtedy powstał, wywarł ogromny wpływ na moje późniejsze EB-owe działania. Tym razem ponad dobę trwało zrozumienie tego, co się naprawdę stało – ze mną jako widzem, i ze mną – człowiekiem.

Po prostu Alan Watts
To niebywałe, ale w czasach, w których tak bardzo brakuje nam autorytetów, w reklamie jednej z najlepszych marek motoryzacyjnych na świecie nie mówi do nas ani aktor, ani szef czy pracownik firmy, ani mniej lub bardziej lubiany celebryta. Człowiekiem, którego nagrania słuchamy (a nagranie to od lat było dostępne w sieci), jest nieżyjący już, brytyjski filozof,  popularyzator filozofii Wschodu, trzykrotnie żonaty ojciec siedmiorga dzieci, który w swojej autobiografii „In My Own Way” napisał o sobie, że jest „zatwardziałym sensualistą kochającym seks, dobrą kuchnię, wino, alkohol, cygaro i fajki oraz pięknie oprawione książki, a także ogrody, oceany i lasy” – uśmiecham się do siebie bardzo, gdy czytam ten opis.

W reklamie Volvo Alan Watts przypomina nam  niezwykle ważną prawdę o życiu: jeśli nie nauczymy się doceniać swojej teraźniejszości, nie będą nas cieszyć przyszłe osiągnięcia ani owoce naszej pracy. A przecież już od dzieciństwa uczy się nas, abyśmy za czymś nieustannie biegli. Zdobywanie osiągnięć i wspinanie się po szczeblach edukacji ma nas lepiej przygotować  do dorosłych wyzwań i funkcjonowania w „wielkim świecie”. Gdy już tam w końcu jesteśmy, scenariusz się powtarza i znowu znajdujemy sobie coś, za czym musimy gonić. Aż wreszcie przychodzi taki dzień, gdy uświadamiamy sobie nagle, że dotarliśmy do celu. Jeśli po drodze nie realizowaliśmy naszych pasji i nie korzystaliśmy w pełni z tego, co mamy, może się pojawić zwątpienie, po co nam to wszystko było.

Marka może więcej niż myślisz
Mogłabym przy tej okazji napisać dużo o analogiach employer brandingowych, które znowu znajduję w kreacji od Volvo. Że dziś na rynku wygrywają marki, które dobrze rozumieją nastroje i potrzeby swoich odbiorców oraz które mówią do nich ich językiem. Że osoby pracujące nad markami – także nad marką pracodawcy – gdy szukają pomysłów komunikacyjnych, wcale nie muszą czerpać tylko ze swojej historii. Że możemy kopać też w historii ludzkości, nauce, filozofii lub w czymkolwiek innym, w czym tylko znajdziemy przekonującą analogię do swoich działań.

Mogłabym też napisać, że również pracodawcy potrzebują skupienia na tym, co dzieje się w ich przedsiębiorstwach teraz. Bo uważne wsłuchanie się w to, co mają do powiedzenia nasi aktualni pracownicy, ma większe znaczenie, niż najpiękniejsze marzenie o ich przyszłości. Jest jednak coś jeszcze, o czym chcę Wam dzisiaj powiedzieć.

Piszę, więc jestem
Nowa reklama Volvo uświadomiła mi również coś na temat samej siebie. Że przez kilka ostatnich miesięcy wchodziłam na swojego bloga, logowałam się do systemu, zaczynałam pisać i nie potrafiłam skończyć żadnego tekstu. Nie macie pojęcia, ile razy robiłam podejście do kolejnych tematów, ale w zakładce ze szkicami znalazłam dziś aż 29 niedokończonych wpisów! Jak wielki musiał być szum wokół mnie i ileż działo się w mojej głowie, jeśli przez 218 dni powstało tyle nowych, nigdy nie zrealizowanych do końca pomysłów? Co sobie wmówiłam i czym lub kim się przejmowałam, jeśli nic z tego, co napisałam, nie było według mnie wystarczająco dobre, by to opublikować?

A przecież nie chcę być kolejnym zblazowanym specem branżowym, który nie lubi ani siebie, ani ludzi wokół i jest przekonany, że o wszystkim słyszał, o wszystkim mówił i wszystko wie. Nie chcę też przekonywać siebie i innych, że prowadząc intensywną działalność biznesową nie da się znaleźć czasu i siły na pisanie. Nie chcę, bo blog jest mi potrzebny – do porządkowania swoich myśli i prawie 12-tu lat doświadczeń, konfrontowania pomysłów i przekonań oraz pokazywania swoim czytelnikom w praktyce tego, w co wierzę całą sobą: że absolutnie każda firma ma EB-owy potencjał, który trzeba tylko odkryć i nim dobrze zarządzić. I że absolutnie każda firma może osiągać fajne efekty jako pracodawca.

Jeśli nie wybierzesz priorytetów, inni wybiorą je za Ciebie
Jeżeli życie w zgodzie ze sobą wymaga nie tylko eliminowania rzeczy mało ważnych, ale również rezygnacji z niektórych obecnych lub przyszłych projektów, które mogłyby przynieść nawet największe korzyści, to jestem na to gotowa. Tak jak jestem gotowa na opublikowanie tego wpisu.

„You can’t live at all,
Unless you can live fully,
Now.”

Dzięki, że znów tu jesteście. Szalenie mnie to cieszy :)