W ostatnich tygodniach miałam niepokojące objawy zgorzknienia. Jeżeli nie śledzicie Zgorzkniałego Copywritera i nigdy nie zastanawialiście się nad definicją tego pojęcia, Internetowy Słownik Języka Polskiego wytłumaczy ją najlepiej: „1. stać się gorzkim, nabrać smaku podobnego do goryczy; 2. stać się smutnym, rozgoryczonym, wpaść w apatię; posmutnieć”.

Nie wydarzyły się u mnie w tym czasie żadne większe dramaty. Wręcz przeciwnie. Wakacje, udana(!!!) rekrutacja na studia Employer Branding, bieżące zlecenia, kilka zawodowych dylematów i pomysłów na nowe działania. Dużo było rzeczy, które pochłaniały moją uwagę i zapełniały mi czas. Kłopot jednak w tym, że miałam zbyt dużo argumentów, aby nie pisać. A im więcej pojawiało się akcji, kampanii i ogłoszeń, wokół których było dużo bardziej lub mniej merytorycznego szumu w sieci, tym łatwiej było mi się trzymać od nich z daleka.

zgorzknienie

Źródło: www.demoty.pl

Czas płynął, a jak pisze w „Pomniejszych bóstwach” Terry Pratchett: „Zbyt wiele Czasu może człowieka utopić”. W ten oto sposób dopłynęłam do 10 września, gdy nieświadoma mojego „smuteczku” Ula Płosarek przypadkiem wywołała mnie do tablicy na fejsie. Rzecz tyczyła się opisanej na Marketingu przy Kawie akcji przeprowadzonej przez agencję TBWA w Stambule, która oprócz wykorzystania standardowej rozmowy kwalifikacyjnej w rekrutacji kandydatów na praktyki, postanowiła zweryfikować ich uczucia, jakimi darzą reklamy. Firma wykorzystała do tego skaner fMRI, który rejestrował reakcje 503 kandydatów na wyświetlane im spoty reklamowe. Przeczytałam wpis i już nawet zaczęłam odpowiadać, że przynajmniej do końca września nie będę komentować żadnych działań pracodawców, bo czas mi na to nie pozwala. I z tym ostatnim wystukiwanym na klawiaturze zdaniem coś we mnie chrupnęło.

Siedzenie w kącie i udawanie, że to co się dzieje wokół, nie mnie dotyczy, to pójście na łatwiznę. To zwyczajne oddawanie pałeczki osobom (i w żadnym razie nie mam tu na myśli Uli), które zawsze znajdą czas na wypisywanie bzdur na tematy, o których nie mają pojęcia. Brak reakcji i szukanie najróżniejszych usprawiedliwień dla swojej apatii to również jedno z najgorszych zachowań obserwowanych u pracodawców, którzy nie zważają na zmieniający się rynek pracy i nie reformują swoich działań rekrutacyjnych. Łatwiej jest mówić, że czegoś nie da się zrobić, niż wdrażać zmiany i być później rozliczanym z błędów, które się przy tej okazji popełniło.

Prawdziwie zgorzkniali pracodawcy mają też tendencję do popadania w skrajności. Gdy więc jakimś cudem udaje im się wydostać z limbo, w którym tkwili od wieków, apatia zmienia się w nadpobudliwość. Może się to skończyć bezrefleksyjnym małpowaniem tego, co robi ich konkurencja lub ślepym podążaniem za trendami, o których wyczytali gdzieś w internetach. A internety chętnie powiedzą, że akcja TBWA = innowacyjność i employer branding. I będą skakać z radości na widok serpentyn i konfetti wypuszczonych na przywitanie nowych pracowników.

Ze zgorzknienia można się jednak wyleczyć. Umiejętnie dawkując sobie wiedzę na tematy, które nas obchodzą (lub obchodzić powinny) i zastanawiając się przez chwilę nad tym, co mamy przed oczami:

Zanim bezrefleksyjnie przytakniemy kolejnym zachwytom nad kreatywnymi działaniami rekrutacyjnymi, zadajmy sobie pytanie: Czy nieuzasadnione wykorzystanie badania neuromarketingowego, które samo w sobie nie jest novum, w selekcji praktykantów(!) naprawdę świadczy o innowacyjności danej firmy? Czy reakcje kandydatów utrwalone przez autorów filmu są naprawdę hiperpozytywne? Czy o tym, że pracodawca jest wyjątkowy, świadczy rozmach, z jakim powitał przed kamerami 5 nowych pracowników, czy może np. długość, poziom skomplikowania procesu rekrutacji, jego koszt i sposób, w jaki potraktował 498 osób, których nie zatrudnił?  Czy wykorzystywanie rekrutacji do promocji swoich usług można nazwać employer brandingiem?

To świetnie, że pojawia się coraz więcej rekrutacyjnych niestandardów, bo dzięki temu mamy o czym mówić, pisać, z czego czerpać inspirację. Jednak nie wszystko, co widzimy, jest naprawdę innowacyjne i warte naśladowania.

W ostatnich tygodniach musiałam zapomnieć, że zgorzknienie (w wersji nr 1) może i pomaga w radzeniu sobie z absurdami, ale nie przynosi recepty, która pozwoli się nam z tych absurdów całkowicie wyleczyć. Na szczęście wróciła mi pamięć. I jednego jestem dziś pewna: nie chcę być chora.