W ostatnich 6 tygodniach chyba nie było dnia, abym nie myślała o tym, jak bardzo czekam na czerwiec. Wiedziałam, że mam przed sobą jeden z najbardziej intensywnych okresów w swoim zawodowym życiu, ale że przełom wiosny i lata mi to wynagrodzi. Zacisnęłam więc zęby, tymczasowo przeniosłam całą swą wirtualną aktywność na fejsa i z naprawdę szczerym uśmiechem na twarzy robiłam to, co do mnie należy. Aż w końcu nadszedł TEN dzień, w którym kończyły się deadline’y, „stare” zazębiało się z „nowym”, a szalejące w głowie pomysły od rana szykowały się do skoku na głęboką wodę. I właśnie w tym dniu szlag trafił mojego kompa.

Gorzej być nie może?
„Jest taki dzień, że po prostu, w pewnym momencie, musisz się, k*** rozpłakać”. Lepszego zobrazowania tego, co się później działo w mojej głowie i w moim „miejscu pracy”, nie znalazłam. W dalszym ciągu nie mogę uwierzyć w to, jak w XXI wieku prowizoryczny problem ze sprzętem (tak tak, robię backupy) może nie tylko poprzestawiać plany, ale także zmienić(?) postrzeganie rzeczywistości. Co się zmieniło?

Ta sprzętowa awaria nie tylko zmusiła mnie do wykonania w ciągu dwóch dni tytanicznej pracy, którą w „normalnych” warunkach wykonywałam przynajmniej przez tydzień (co zresztą przez kolejny tydzień odczuwał mój zdezorientowany organizm), ale przede wszystkim zmobilizowała mnie do przeformułowania sposobu, w jaki myślę i działam. Nagle okazało się, że można inaczej – jeszcze prościej i jeszcze szybciej. Okazało się też, że „idealny” świat się wcale nie zawalił, nie wszystko trzeba mieć zawsze pod kontrolą i że w prawdziwie kryzysowej sytuacji – nie pierwszej i zapewne nie ostatniej – podstawą jest szybka decyzja i jeszcze szybsza reakcja. Okazało się też, że nie jestem ze swym problemem odosobniona, bo w tym samym tygodniu dwóm znajomym osobom również elektronika odmówiła posłuszeństwa. Ot, takie drobiazgi, które dodały mi otuchy.

Ta potworna (nie)doskonałość
Dlaczego  o tym piszę? Bo codziennie w naszym zawodowym życiu zdarzają się mniejsze i większe „fakapy”. Ktoś nie zdążył z drukiem materiałów, ktoś w ostatnim momencie odwołał udział w bardzo ważnym spotkaniu, ktoś przyjął błędne założenia w projekcie. Te wszystkie wpadki, za którymi stoi cała masa przyczyn, nie bez powodu rozczarowują i utrudniają innym życie. Mają w końcu wpływ na nasz profesjonalny wizerunek oraz na wizerunek firmy (także jako pracodawcy), którą reprezentujemy. Tylko… czy one naprawdę istnieją?

nobody

źródło: http://bit.ly/1bqCncC

Przecież jeśli się przyjrzeć aplikowanym nam przekazom medialnym i zachowaniom na dużych spotkaniach branżowych, można dojść do wniosku, że w naszym zawodowym życiu nie ma miejsca na trudności i „katastrofy”. Bo mamy być profesjonalni i ułożeni – wewnętrznie i zewnętrznie. Żadnych rys. W porcelanowym świecie wszystkim się powodzi: jeśli projekty to tylko duże i realizowane bez większych przeszkód, jeśli konferencje to tylko udane, jeśli nagrody to bez wątpliwości jury. Medialny przekaz dotyczący „idealnego” specjalisty/pracodawcy/szefa robi z nas porcelanowe laleczki, które zawsze lśnią i zawsze mają ten idealny wyraz twarzy. Bo w składzie porcelany codzienne błędy, wątpliwości i potknięcia to  potwory, które paraliżują swoje ofiary i zmierzają do unicestwienia ich świata. Bo porcelana może pęknąć lub się potłuc. I nie daj losie jeszcze ktoś to zobaczy.

Ściągnij tę cholerną maskę
A przecież w realnym świecie jest zupełnie inaczej. Reagujemy spontanicznie i emocjonalnie, mamy lepsze i gorsze dni w pracy, mniej i bardziej przyjemne obowiązki, mamy zmarszczki, rysy, plamy. Ani jako pracodawcy, ani jako kandydaci, nie wierzymy w historie, które od początku do końca są usłane różami. Jeśli szukamy pracy i dochodzi do nas tylko pozytywny feedback na temat danego miejsca, będziemy kopać i kopać, aż wreszcie znajdziemy naprawdę wiarygodne dane. Jeśli zobaczymy na stronie karierowej zdjęcie biura z hamakami, będziemy liczyć na to, że przy pierwszej wizycie w tym biurze ujrzymy na tych hamakach wypoczywających pracowników. A jeśli śledzimy fanpage naszego pracodawcy marzeń, będziemy w tym miejscu czekać na jego prawdziwy „głos”, a nie hasła przygotowane na potrzeby kampanii banerowej.

Przed kim my tak gramy? Przed kandydatami? Przed klientami? Przed konkurencją? A może głównie przed sobą? Dlaczego tak często zależy nam na stworzeniu wizerunku osoby i firmy, którą nie jesteśmy? Dlaczego, skoro nikt nie wierzy w idealnych pracodawców, tak bardzo do tego miana pretendujemy?

W realnym świecie nie ma idealnych firm i nie ma idealnych szefów. Tu „wystarczy” być sobą.