Przez ostatnie 4 miesiące próbowałam przekonać siebie, że nie mam czasu i chęci na prowadzenie bloga. I przyznam, że byłam w tym wyjątkowo skuteczna.

Wytłumaczyłam sobie nawet, że ja nie od pisania jestem, tylko od działania. I jeśli już koniecznie mają mnie nazywać blogerką, to niech to będzie przynajmniej slow blogerka (tak, dobrze wiem, jak to brzmi), której zależy na wysokiej jakości tekstach, a takich nie da się przecież pisać zbyt często. Że mój wpis, który nie jest doszlifowany w 101 proc., powinien – zamiast na stronę – trafić do folderu z ponad 40(!) szkicami. A jeśli już długo nie piszę, to nie mogę przecież wrócić ot tak, tylko swój powrót powinnam połączyć z jakimś ciekawym wydarzeniem (np. z dość nieoczekiwanym, acz dla naszej branży zabawnym powrotem piwa marki EB). Zupełnie tak, jakby wszyscy czekali tylko na ten jeden zytowy post.

Cisza jak makiem zasiał

Ale to nie wszystko. Nie tylko unikałam tu jak ognia analizowania i komentowania EB-owej i CX-owej rzeczywistości, ale z czasem przestałam też oficjalnie komunikować o tym, co faktycznie robię (no, może oprócz pisania na fejsie o kolejnych ebmasterskich spotkaniach i o konferencjach, na których prelegowałam). W efekcie, nadal bardzo niewiele osób wie, że 1 stycznia był dla mnie przełomowy – całkowicie przeformułowałam swoją dotychczasową działalność, przez co powstała zupełnie nowa (nie, wcale nie agencja!), stricte edukacyjna marka: Lightness (= EB-owa lekkość, jasność, lotność :), w ramach której szkolę, kołczuję i doradzam osobom zajmującym się lub chcącym się zajmować employer brandingiem. Nie wiecie o tym, bo nawet nie odpaliłam nowej strony. Szczęście w nieszczęściu, że moi Klienci przychodzą nie tylko z netu, a z rekomendacji i że niektórzy nawet znają maila zyta@lightness.pl. Jest nawet kilku takich, co widziało logo!

Nie zakomunikowałam też oficjalnie, że dzięki współpracy z Tax Care i Onepress, w lutym pojawiła się w sprzedaży książka „To Twoja Firma. 12 kroków do sukcesu” – poradnik dla małych przedsiębiorców, napisany przez 12 praktyków biznesu. Znajdziecie w nim m.in. rozdział „Zarządzanie ludźmi”, w którym sporo prostych rozwiązań z zakresu employer brandingu i candidate experience. Jestem jego autorką. Nie mówiłam też o nowych raportach, wywiadach i artykułach, w których można było poczytać mnie lub o mnie. Nie komunikowałam tu dołączenia do grona Jurorów kolejnych dwóch konkursów dla pracodawców: HR Dream Team i EBstars. I nie powiedziałam, że oprócz prowadzenia ekipy EB-wców na AGH (lada moment ruszamy z III edycją) mam też EB-owe zajęcia na Wyższej Szkole Europejskiej w Krakowie.

Po co to wszystko?

Czy piszę o tym teraz, żeby się pochwalić? Albo może żeby się usprawiedliwić. Nie. Piszę o tym dziś, żeby to wreszcie  z siebie wyrzucić. Doszłam bowiem do wniosku, że sama wpadłam w pułapkę, przed którą tak często przestrzegam uczestników swoich szkoleń, warsztatów i wystąpień. Lęk przed popełnieniem błędu i byciem ocenianym może sparaliżować nasze działania. I zamknąć nam usta na długo. Jesteśmy wtedy świetni w usprawiedliwianiu naszej bezczynności i jeszcze lepsi w samobiczowaniu się. Sheryl Sandberg nazwała to nawet syndromem diademu – gdy kobiety dobrze wykonują swoją pracę, bardzo często zwlekają z mówieniem o tym głośno. Czekają, aż inni to zauważą i założą im na głowę metaforyczny diadem. I dopóki ktoś nie zauważy ich starań, nikt się nie dowie o ich sukcesach.

A przecież jesteśmy czymś więcej niż tylko efektami naszej pracy

Sukces to pomysł pomnożony przez działanie. Jeśli chcemy być wiarygodni dla naszych odbiorców, powinniśmy bardziej dążyć do autentyczności niż do perfekcji. Znaleźć swój „czas na EB”. Ruszyć z miejsca. Testować, eksperymentować i pokazywać rezultaty naszych osobistych i firmowych starań. Nawet jeśli nie są idealne. czas na eb

Zawsze jest dobry powód, żeby zacząć. I żeby wrócić. Mój blog to przecież moje zasady, a te na pewno nie są idealne. I dobrze. Witajcie po przerwie.